poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Zwariowany weekend

Zacznę od początku.... W piątek był zwariowany dzień, w którym miała odbyć się nasza zaległa ślubna sesja zdjęciowa. Moja kosmetyczka, która jest mega oblegana dała radę mnie wcisnąć na 6.30 na makijaż, tak więc pobudka dosyć wcześnie, później szykowanie, kompletowanie kostiumów weselnych, kwiaty, oczywiście cały arsenał sportowy z rowerem i rolkami na czele no i jedziemy. Wszystko wydawałoby się po naszej myśli, gdyby nie to, że dojechaliśmy na miejsce punktualnie, ale okazało się, że to nie ten Czarny Las... Ten w którym mieliśmy się znaleźć znajdował się 60km od naszego punktu aktualnego pobytu, co za pech. Szybko ( pomijając zamkniętą drogę, pielgrzymki) przekierowaliśmy się we właściwe miejsce. Fotograf nieco zdenerwowany, ale zaczynamy, nie minęło 30 minut i piękna słoneczna pogoda zmieniła się, zaczął padać deszcz, chwilę odczekaliśmy, gdy trochę ustało zdążyliśmy zrobić kilka ujęć a potem znów to samo....kilka zdjęć w deszczu i totalna ulewa..
 
Cali mokrzy po sesji..
 
Sobota jak to sobota - rano zazwyczaj oddajemy się pracy w przydomowej firmie rodziców. W godzinach pracy wpadamy oczywiście na świetny pomysł, żeby odwiedzić McDonald i zjeść jak wszyscy wiedzą pyszne lody. W związku z tym, że znajduję się on 12km od nas - stwierdzamy, że pobiegniemy tam. I tak wyruszyliśmy, w planach były 3km odcinki z przerwami na 150m marszu i tak przez 12km, później przerwa na lody (30min oczekiwania SZOK) i 12km powrotu, z tym, że ze względu na osłabioną ostatnio moją wydolność odcinki były 2km i marsz 100m. Jakoś daliśmy radę pokonać 24km - był to najdłuższy dystans jaki ostatnio przebiegliśmy stąd te marsze. Z drugiej strony takie bieganie tzw. metodą Gallowaya może być bardzo korzystne. Wieczorem relaks, odpoczynek, grill.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Niedziela to już prawdziwa przygoda. Budzik musiał oczywiście być,  bo bez tego moglibyśmy nie zdążyć nawet na obiad. Tym razem jeszcze podczas przeciągania w łóżku padły propozycje trasy - plan był jeden miało być 100km. Wybór padł na moją propozycję. Bidony napełnione sakwy zapięte i ruszamy. Jak zwykle zaczęło się bardzo dobrze, po 20 km wjeżdżamy w las - ścieżka rowerowa, czyli pełna piachu dróżka po której auto mogłoby mieć problem przejechać - MASAKRA - musimy prowadzić rowery, bo nie ma możliwości żeby przejechać, i tak przez ok 4km - trochę idziemy, trochę prowadzimy. Jakie szczęście nas ogarnia jak widzimy asfalt, w końcu można trochę przycisnąć. Ścieżki rowerowe w Polsce pozostawiają wiele do życzenia, zazwyczaj są wykonane przy chodnikach z kostki z ciągłymi zjazdami i wjazdami, co przy większej prędkości wyprowadza człowieka z równowagi. Mój mąż stwierdził ; "Po takich ścieżkach to ja będę jeździł jak będę miał 70 lat teraz to ja mam to w nosie i jadę drogą". Na pół metku zafundowaliśmy sobie obiad na wypasie i dalsza część drogi już była czystą przyjemnością, omijaliśmy drogi gruntowe, woleliśmy nadrobić kilometrów niż jechać nimi. Najwięcej radości sprawił nam ostatni 2km zjazd. Mały sprawdzian (100km) przed środową pielgrzymką na Jasną Górę wykonany. 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
TO BYŁ ŚWIETNY WEEKEND !!!!!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz